Wszystko w tej książce przyciąga - okładka (na niej domek z klocków lego pozbijanych za pomocą gwoździ), imię i nazwisko autorki (tak dźwięczne, jakby było kontynuacją tytułu) czy wreszcie fotografia autorki patrzącej prosto w obiektyw (ujęcie jej twarzy zapamiętam na długo).
A potem wszystko w treści odpycha. W jednej trzeciej miałam dosyć czytania, bo ileż można czytać okropności. W połowie książki wahałam się, czy w ogóle czytać ją dalej, bo ileż jeszcze można pokazać złych relacji, złej komunikacji, przykrości, nieudolności, jadu, mściwości...
Na szczęście pomiędzy tym wszystkim pojawiał się śmiech. I zachwyt nad językiem, bo Papużanka pisze rewelacyjnie. A śmiech to głównie jednak z siebie, bo w książce mamy taki przegląd i katalog wad, że każdy bez trudu znajdzie coś dla siebie. Mój ulubiony fragment to "świątynia kotleta", niemożność oglądania skoków, niedziela. Brzmi znajomo?
Krótko mówiąc - warto przeczytać, bo to takie nasze, polskie, rodzinne. I przypominać sobie w momentach, w których wychodzi z nas zołzowatość/kołtuństwo/chamstwo. Że może nam tak zostać. I co wtedy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz