poniedziałek, 5 maja 2014

Resztki i Żona idealna


Obie książki z biblioteki wypożyczył mi mąż. Sugestywne tytuły, prawda? 


Pierwsza to Resztki Toma McCarthy'ego. Dla mnie totalnie niezrozumiałe. Męczyłam się mocno czytając, choć było kilka ciekawych momentów. Jednak całość była dla mnie za trudna, idea odtwarzania rzeczywistości, by stać się autentycznym cały czas do mnie nie trafia. Trochę zawstydza mnie mój brak zachwytu nad tą pozycją, gdyż na okładce widnieje opinia Zadie Smith: "Jedna z najlepszych angielskich powieści ostatniej dekady".  Cóż, ja i Zadie możemy mieć w końcu różny gust.




Druga książka jest z gatunku przeczytać i zapomnieć. Co też uczyniłam:) Na poważnie, czyta się ją nawet dobrze, ale jest uproszczona, trąci banałem nawet przy wychodzeniu poza schemat, czyli standard czytadła. Ale literówki i tak mnie drażnią.

czwartek, 24 kwietnia 2014

Kilka dni z życia Alice, Liane Moriarty

Bardzo dobry pomysł na książkę. Prawie 40-letnia kobieta upada na siłowni i doznaje amnezji. Nie pamięta, bagatela, ostatnich 10 lat swojego życia. Po upadku budzi się przekonana, że jest młodą, radosną, oczekującą pierwszego dziecka i żyjącą w szczęśliwym małżeństwie kobietą. Tymczasem wszystko wskazuje na to, że przez 10 lat stała się zgorzkniałą i jędzowatą żoną, matką trójki dzieci, materialistką oraz fatalną siostrą i przyjaciółką.  
Tytułowe kilka dni z życia Alice spędzi na próbie zrozumienia, co się stało z nią samą w czasie, którego nie pamięta. I choć rzeczywiście dowiadujemy się o wydarzeniach, które mogły spowodować u Alice silny wstrząs czy załamanie, to przede wszystkim zaszkodziła jej proza życia. Jak każdemu z nas. I to jest właśnie siła tej książki - nie sposób powstrzymać się przed fantazjami pt. co by było gdybym, to ja zapomniała ostatnie dziesięć lat? Czy jeszcze siebie pamiętamy tak młodymi? Kim byliśmy, co myśleliśmy, czego chcieliśmy? Jak daleko odeszliśmy od swoich ideałów?
Słabą stroną książki jest motyw odzyskiwania pamięci i konfrontacji dwóch skrajnych osobowości. Nie wypada to przekonująco. I są działające mi na nerwy literówki (gdzie jest korektor?!). Natomiast wątek o siostrze Alice - mającej problemy z donoszeniem ciąży Elisabeth - jest tak dobrze napisaną historią, że w zupełności można by na nim oprzeć osobną książkę. Jest też przy tym boleśnie autentyczny.

piątek, 18 kwietnia 2014

Pensjonat Miramar, Nadżib Mahfuz

Wspaniałe. Podchodziłam jak do jeża, bo egipskie realia to dla mnie jak egipskie ciemności, ale przeczytałam wstęp i miałam nadzieję, że dam radę. Pierwsze strony nie były łatwe i przyznaję, że chciałam książkę odłożyć. Ale cały czas o niej myślałam. I nie mogłam się doczekać kolejnego karmienia/usypiania, by móc swobodnie zasiąść na kanapie i przeczytać kilka stron.


Złapałam się na tym, że tęsknię za atmosferą tej książki. Nie wiem, co ją tworzy, bo na raczej nie smutna historia opowiedziana na kilka głosów. Postacie? Być może. Język? Na pewno. Czytając ją miałam wrażenie, że przenoszę się do innego świata, gdzie ludzie mówią i myślą inaczej. I z tego powodu warto ją przeczytać. Pewnie nie zrozumiałam symbolicznej refleksji nad losami Egiptu, niemniej jednak byłam z tymi ludźmi w pensjonacie Miramar w Aleksandrii.

środa, 5 marca 2014

Do utraty tchu, Anne Sward

Nie podoba mi się okładka wskazująca na romansidło wyższych lotów. Nie podoba mi się zarys fabuły na ostatniej stronie okładki. Nie podoba mi się przekombinowanie - czasem ciężko odgadnąć, o kim właściwie autorka pisze i w którym momencie życia bohaterki jesteśmy.

Ale historia mi się podoba. Jest dokładnie taka, jak życie. Bolesna, mocna, piękna, obezwładniająca. Zaraz, zaraz, taka jest miłość. I ta bohaterów książki, i ta w życiu.

Bardzo lubię takie powieści. Gdy ją czytałam, wręcz zaciskałam pięści, by Lo coś zrobiła lub czegoś nie zrobiła. Naprawdę ją przeżyłam.

A przyniósł mi ją z biblioteki mąż, do którego w pewnym momencie lektury, powiedziałam Lucas...

poniedziałek, 10 lutego 2014

Przywróceni, Jason Mott


Czytanie tej książki dokończyłam jedynie z wewnętrznego przymusu dawania szansy aż do ostatniej strony. Nie trzeba było.
Pierwszy i zarazem główny wątek ma chwycić za serce i prawie, prawie to robi - otóż przed laty zginął 6-letni chłopiec. I chłopiec wraca po 50 latach jako żywy do swoich rodziców. Czy to naprawdę jest on? Czy tylko jego odbicie/fantom/diabeł wcielony? Kto ma więcej wątpliwości - ojciec, który czuje się winny śmierci syna, czy pełna miłości matka? I gdyby to było jedno "przywrócenie" w całej historii, to być może ta książka by się obroniła.
Ale autor wymyślił, że oto bardzo wielu umarłych wraca. I nie ma w tym żadnej logiki. Wracają ci, którzy umarli niedawno i przed wieloma laty. Wracają we wszystkich krajach na świecie. Wracają niezależnie od sposobu śmierci. I dla mnie pierwszą rzeczą było zastanawianie się, jak autor wytłumaczy fizyczność postaci, tj. skoro np. wrócił ktoś postrzelony, to czy ma jakieś ślady w ciele. Otóż autor tego po prostu nie tłumaczy. Mam wrażenie, że to go po prostu przerosło, że chciał się skupić na filozoficznych wątkach na temat bytu, tego, kim tak naprawdę jesteśmy, co stanowi o naszej duszy i człowieczeństwie, a niedoróbki w temacie ciała/fizyczności zostają sprowadzone do banałów.
Jak dla mnie - masa niepotrzebnych słów, pobocznych historii. Ujęła mnie może jedna lub dwie sceny. I epilog, w którym autor wyjaśnia, dlaczego napisał taką właśnie książkę. I dlatego mu wybaczam:)

wtorek, 4 lutego 2014

Dzieci Ireny Sendlerowej, Anna Mieszkowska

Długo się zbierałam, by opisać tę książkę. Bo to książka-pomnik. Rzetelna, dokumentacyjna historia. Źle, to nie jest historia. A przynajmniej nie czyta się jej jako historii. I jeśli ktoś szuka sensacji czy też opisów "jak ona te 2500 dzieci z getta wyciągnęła?" to się zawiedzie. A może nie zawiedzie, tylko lekko zaskoczy i zajrzy w głąb siebie, i zacznie się zastanawiać, czy ta sensacja jest mu do czegoś potrzebna. Bo przecież za każdą (KAŻDĄ!) decyzją o odłączeniu dziecka od rodziców stoi straszna, straszna historia. Też jestem matką i nawet przez chwilę nie dopuszczam myśli, że miałabym stanąć kiedyś przed takim wyborem, bo sama ta myśl jest już zbyt bolesna. I tak jak mówi Sendlerowa - prawdziwymi bohaterkami były matki, które zdecydowały się oddać dzieci, by je ratować.
Bardzo zaciekawił mnie temat amerykańskich uczennic, dzięki którym 'odkryto' Sendlerową a także jej relacji z własnymi dziećmi. Niestety, tak jak przypuszczałam, jej dzieci nigdy nie miały mamy dla siebie. A sama Sendlerowa mówi, że nie ma możliwości, by matka poświęciła się pracy i dzieciom bez szkody dla któregokolwiek. Smutne i to.
Drażnił mnie tylko podział na części książki, z których każdy oddzielony był fotografią lub kolażem na osobnej stronie, podczas gdy niektóre z tych rozdziałów zajmowały niespełna dwie strony. Ale to już taka moja mała fobia redakcyjna.

wtorek, 28 stycznia 2014

Szopka, Zośka Papużanka

Wszystko w tej książce przyciąga - okładka (na niej domek z klocków lego pozbijanych za pomocą gwoździ), imię i nazwisko autorki (tak dźwięczne, jakby było kontynuacją tytułu) czy wreszcie fotografia autorki patrzącej prosto w obiektyw (ujęcie jej twarzy zapamiętam na długo).
A potem wszystko w treści odpycha. W jednej trzeciej miałam dosyć czytania, bo ileż można czytać okropności. W połowie książki wahałam się, czy w ogóle czytać ją dalej, bo ileż jeszcze można pokazać złych relacji, złej komunikacji, przykrości, nieudolności, jadu, mściwości...
Na szczęście pomiędzy tym wszystkim pojawiał się śmiech. I zachwyt nad językiem, bo Papużanka pisze rewelacyjnie. A śmiech to głównie jednak z siebie, bo w książce mamy taki przegląd i katalog wad, że każdy bez trudu znajdzie coś dla siebie. Mój ulubiony fragment to "świątynia kotleta", niemożność oglądania skoków, niedziela. Brzmi znajomo?
Krótko mówiąc - warto przeczytać, bo to takie nasze, polskie, rodzinne. I przypominać sobie w momentach, w których wychodzi z nas zołzowatość/kołtuństwo/chamstwo. Że może nam tak zostać. I co wtedy.