wtorek, 4 lutego 2014

Dzieci Ireny Sendlerowej, Anna Mieszkowska

Długo się zbierałam, by opisać tę książkę. Bo to książka-pomnik. Rzetelna, dokumentacyjna historia. Źle, to nie jest historia. A przynajmniej nie czyta się jej jako historii. I jeśli ktoś szuka sensacji czy też opisów "jak ona te 2500 dzieci z getta wyciągnęła?" to się zawiedzie. A może nie zawiedzie, tylko lekko zaskoczy i zajrzy w głąb siebie, i zacznie się zastanawiać, czy ta sensacja jest mu do czegoś potrzebna. Bo przecież za każdą (KAŻDĄ!) decyzją o odłączeniu dziecka od rodziców stoi straszna, straszna historia. Też jestem matką i nawet przez chwilę nie dopuszczam myśli, że miałabym stanąć kiedyś przed takim wyborem, bo sama ta myśl jest już zbyt bolesna. I tak jak mówi Sendlerowa - prawdziwymi bohaterkami były matki, które zdecydowały się oddać dzieci, by je ratować.
Bardzo zaciekawił mnie temat amerykańskich uczennic, dzięki którym 'odkryto' Sendlerową a także jej relacji z własnymi dziećmi. Niestety, tak jak przypuszczałam, jej dzieci nigdy nie miały mamy dla siebie. A sama Sendlerowa mówi, że nie ma możliwości, by matka poświęciła się pracy i dzieciom bez szkody dla któregokolwiek. Smutne i to.
Drażnił mnie tylko podział na części książki, z których każdy oddzielony był fotografią lub kolażem na osobnej stronie, podczas gdy niektóre z tych rozdziałów zajmowały niespełna dwie strony. Ale to już taka moja mała fobia redakcyjna.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz