poniedziałek, 10 lutego 2014
Przywróceni, Jason Mott
Czytanie tej książki dokończyłam jedynie z wewnętrznego przymusu dawania szansy aż do ostatniej strony. Nie trzeba było.
Pierwszy i zarazem główny wątek ma chwycić za serce i prawie, prawie to robi - otóż przed laty zginął 6-letni chłopiec. I chłopiec wraca po 50 latach jako żywy do swoich rodziców. Czy to naprawdę jest on? Czy tylko jego odbicie/fantom/diabeł wcielony? Kto ma więcej wątpliwości - ojciec, który czuje się winny śmierci syna, czy pełna miłości matka? I gdyby to było jedno "przywrócenie" w całej historii, to być może ta książka by się obroniła.
Ale autor wymyślił, że oto bardzo wielu umarłych wraca. I nie ma w tym żadnej logiki. Wracają ci, którzy umarli niedawno i przed wieloma laty. Wracają we wszystkich krajach na świecie. Wracają niezależnie od sposobu śmierci. I dla mnie pierwszą rzeczą było zastanawianie się, jak autor wytłumaczy fizyczność postaci, tj. skoro np. wrócił ktoś postrzelony, to czy ma jakieś ślady w ciele. Otóż autor tego po prostu nie tłumaczy. Mam wrażenie, że to go po prostu przerosło, że chciał się skupić na filozoficznych wątkach na temat bytu, tego, kim tak naprawdę jesteśmy, co stanowi o naszej duszy i człowieczeństwie, a niedoróbki w temacie ciała/fizyczności zostają sprowadzone do banałów.
Jak dla mnie - masa niepotrzebnych słów, pobocznych historii. Ujęła mnie może jedna lub dwie sceny. I epilog, w którym autor wyjaśnia, dlaczego napisał taką właśnie książkę. I dlatego mu wybaczam:)
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz